Latanie samolotem to fajna sprawa, bo w ciągu jednego dnia można być w kilku różnych krajach, a w parę godzin lotu przemieścić się do punktu oddalonego o setki czy tysiące kilometrów. Choć zazwyczaj wszystko idzie gładko, to zdarza się, że i na tym szkle pojawia się rysa.

Od początku mojej przygody z lataniem, lekko licząc, wykonałem grubo ponad 150 pojedynczych podniebnych podróży, więc trochę przygód na lotniskach i powietrzu przeżyłem. Przy tych najciekawszych, które teraz wydają mi się nawet zabawne, wcale nie było mi do śmiechu…

fot. Michał Szymaczek

fot. Michał Szymaczek

Swego czasu leciałem na zaproszenie jednej z marek do portugalskiego Cascais niedaleko Lizbony na prezentację nowego modelu. Lot był czarterem i miał nas zabrać z Warszawy na samo miejsce. Po drodze mieliśmy wykonać szybkie międzylądowanie w Stuttgarcie, gdzie miało zostać przeprowadzone dodatkowe tankowanie i do naszej grupy miała dołączyć grupa niemieckich dziennikarzy jadących w to samo miejsce i w tym samym celu.

Lot odbywał się na pokładzie niedużego samolotu linii Air Nostrum, należących do hiszpańskiej Iberii. To o tyle istotne, że już na początku nazwę odczytałem jako Air „Monstrum” i niestety, to przejęzyczenie okazało się prorocze…

Ale do rzeczy. Wsiadamy na pokład, zajmujemy miejsca i czekamy na wylot. Czekamy. Czekamy. Czekamy… Coś się opóźnia, czasem tak bywa. Nie ma nerwów, bo lot jest bezpośredni, więc nie ma obawy, że spóźnimy się na kolejny samolot. Ja przez swoje okienko widzę cysternę stojącą obok nas, na którą nie zwróciłem początkowo uwagi. Pamiętam tylko, że na liczniku wyświetlało się pięć zer, oznaczających zero zatankowanych litrów paliwa. Ale że nie była ona podłączona do naszego samolotu, nie miało to znaczenia.

Po kilku kolejnych minutach bezczynnego oczekiwania znów spojrzałem za okno, gdzie znów stała ta sama cysterna. Oczywiście z pięcioma zerami na wyświetlaczu. Kiedy minęło kilkanaście kolejnych minut, ktoś w końcu zaczął dociekać dlaczego wciąż stoimy. Okazało się, że… czekamy na zatankowanie. Słysząc to spojrzałem za okno, a tam… cysterny nie ma!

Staliśmy tak dobrze ponad godzinę, kiedy głównodowodząca wycieczką zaczęła naciskać na kapitana, żeby ten powiedział co się dzieje. Jak się okazało, nie mieliśmy paliwa, a firma z którą została podpisana umowa na zatankowanie ma dziś… wolne! No nie, i co teraz – przeszło mi przez myśl.

Kapitan był coraz bardziej aktywny i widoczny, jednym słowem – zabiegany. Co chwilę wychodził na płytę lotniska, rozmawiał z kimś z obsługi naziemnej i znów wracał. W końcu ktoś zobaczył go z portfelem w ręku. Domyślacie się co było dalej? Otóż, kapitan zapłacił własną kartą kredytową za paliwo do samolotu! Tak nam zresztą też powiedział i dokładnie tak to wyglądało.

No dobra, zaraz polecimy. Patrzę przez okno, a tam nic. Co z tą cysterną? Po dwóch godzinach siedzenia w samolocie mieliśmy trochę dość. Ale to był dopiero początek… Minęło kilkanaście minut, podjechała inna cysterna, podłączyli wąż i paliwo zaczęło wlewać się do baków. Na liczniku, jak zauważyłem, wlanych zostało 2100 litrów lotniczej benzyny. Kurcze, jakie limity mają na swoich kartach kredytowych hiszpańscy piloci?! Przecież to musiało kosztować fortunę!

W końcu wylecieliśmy. Po około godzinie z małym hakiem lądowanie w Stuttgarcie. Tu mamy dotankować trochę paliwa na dalszą podróż i dosiąść się mają Niemcy. No więc siedzimy i czekamy na jedno i drugie. Siedzimy, siedzimy, siedzimy…

W końcu stewardessy mówią nam, że niestety musimy na chwilę wysiąść z samolotu, podjedzie po nas autobus, do którego wsiądziemy na czas tankowania, po czym wrócimy na pokład. Takie są ponoć przepisy. Widać w Polsce one nie obowiązują… Nawet pilot przyszedł do nas i powiedział, że jak dla niego możemy siedzieć, ale Niemcy nie zaczną wtedy tankowania, więc lepiej, żebyśmy jednak na chwilę wyszli.

Autobus podjechał po kilkunastu minutach, wsiedliśmy i czekamy. W tym czasie widzimy jak wąż podłączany jest do wlewu paliwa. Wszystko pięknie. Aż tu nagle, po kilku minutach stania, kierowca zamknął drzwi i… ruszył. Pewnie obwiezie nas po płycie lotniska, żeby nie stać przy samolocie – pomyśleliśmy. Ten jednak skierował się w stronę terminala. My zdziwieni, ale okej, może tak ma być.

Autobus podjechał przed terminal, a kierowca otwiera drzwi i wymownym gestem wyprasza nas z autobusu. Choć nie bardzo rozumieliśmy dlaczego, ten nalegał coraz mocniej. No dobra, niech mu będzie. Wysiedliśmy. Ten pokazuje nam, żeby wejść do budynku. Coraz mniej rozumiejąc weszliśmy, a ten… pospiesznie odjechał. No świetnie. Jesteśmy za drzwiami, w „zawieszeniu” – bo stąd nie da się wrócić na płytę lotniska, a jedynie można z niego wyjść albo przejść do bramek. Większość z nas nie miała jednak przy sobie nawet dokumentów, bo wcześniej powiedziano nam, żeby wszystko zostawić, bo z samolotu wysiadamy tylko na kilka minut tankowania. I co dalej? Staliśmy tak, nie wiedząc co począć. Trwało to dobrze ponad 10 minut, aż w końcu przez głośnik umieszczony w suficie usłyszeliśmy komunikat skierowany do „grupy z Polski”.

Powiedziano nam, żeby przejść do bramki numer ileśtam i że stamtąd przejdziemy do samolotu. No świetnie, ale co z dokumentami? Przeszliśmy posłusznie do wskazanej bramki. Tam miły pan przeprosił nas za kierowcę, który oczywiście powinien był z nami stać na płycie lotniska i nie odjeżdżać. No cóż, zaprogramowany i wykonujący dzień w dzień te same czynności niemiecki kierowca zrobił to, co wydawało mu się oczywiste… Zapytaliśmy co z dokumentami, a pan z obsługi powiedział rozbrajająco, że powiedziano mu, że jest na 16 osób, więc on nas przeliczy i już. Super, a gdyby przyplątał się między nas ktoś przypadkowy, podczas gdy członek naszej grupy był w toalecie? Fajnie, niemiecki porządek…

Wracamy w końcu do samolotu, a tam już na nas czekają Niemcy, wygodnie siedzący w fotelach i patrzący na nas wilkiem, jakby opóźnienie było naszą winą. Cóż, jakoś nigdy nie było nam po drodze…

Czy to koniec? Nieeee, to dopiero połowa przygody. Dzień następny – powrót. Scenariusz odwrotny, bo tym razem niemiecką grupę mamy zostawić w Stuttgarcie podczas międzylądowania i wrócić do Warszawy.

Wsiadając do samolotu Air Monstr… Nostrum widzimy tę samą załogę i oczywiście nie możemy darować sobie żartów – czy samolot zatankowany i czy pilot kupił już paliwo. Żarty żartami – siadamy na miejscach i wypatrujemy cysterny. Ta nie nadjeżdża, a my wkrótce startujemy. Super, jakaś odmiana. Ale czy na pewno?

fot. Michał Szymaczek

fot. Michał Szymaczek

Lądujemy w Stuttgarcie, gdzie opuszczają nas Niemcy. My siedzimy grzecznie przez kilka minut, po czym słyszymy, że samolot musi zostać… zatankowany! Pilot i załoga, pamiętając poprzedni dzień, pozwolili nam zostać w środku i nie pokazywać się w oknach, żeby nie trzeba było nas wysadzać i ryzykować odwiezienia do terminala.

Po kilku kolejnych minutach jakiś wnuk dziadka z Wehrmachtu, który musiał być snajperem, wypatrzył nas siedzących na pokładzie. Kapitan chcąc, nie chcąc, wyprosił nas, ale najpierw musieliśmy czekać na autobus. No więc czekamy. Mija pięć, dziesięć, piętnaście minut – i nic. Załoga proponuje – wyjdźcie na płytę lotniska i stańcie obok samolotu, czekając na autobus. Nie wierzyliśmy własnym uszom. No ale mus to mus.

Wysiedliśmy i stoimy przy samolocie patrząc, jak kilka metrów od nas podłączają wąż i zaczynają tankować. Super, czyli nie możemy siedzieć w środku, ale stać przy cysternie już możemy? Swoją drogą to ciekawe doznanie, kiedy stoi się w sporej grupie na płycie sporego lotniska, gdzie obok nas co chwilę kołują naprawdę spore samoloty. Czy to już koniec? A gdzie tam!

Tankowanie dobiega końca, trwa to już kolejnych kilkanaście minut i… podjeżdża autobus! My w śmiech. No ale dobra, wsiadamy i czekamy. Żartujemy przy tym, że zaraz nas wywiozą. Tym razem jednak kierowca wysiadł z autobusu i podszedł do trzech gości z obsługi naziemnej, którzy wcześniej usiłowali trzymać nas w ryzach, żebyśmy się nie rozpierzchli po lotnisku. Wywnioskowałem z tego, że chyba wie jaka jest sytuacja i że my za momencik wracamy na pokład.

W końcu, pogadawszy z obsługą, kierowca wsiadł do szoferki. Chwila niepewności, ale nie, nic się nie dzieje. Mijają ze dwie minuty, drzwi zamykają się. My już nie możemy powstrzymać śmiechu, że zaraz nas odstawią do terminala, choć to wydawało się niemożliwe. Ale co to, autobus rusza! E, spoko, obwiezie nas dookoła i wróci. Czyżby? Wyraźnie widzimy, że kierowca jedzie do dobrze nam znanego terminala! A my znów bez dokumentów! Powiedzieliśmy sobie, że tym razem nie wysiadamy, choćby nie wiem co.

Autobus jest przed terminalem, kierowca wysiada i idzie otworzyć drzwi. Na szczęście jednak podeszła do niego jakaś kobieta z obsługi lotniska i gorączkowo tłumaczy mu, że to nie tak. Kierowca wyraźnie zirytowany wsiada do szoferki i rusza w kierunku samolotu. Uff, udało się. Jeszcze rzucił do nas przez głośniki łamaną angielszczyzną, że nas przeprasza, ale tu wszystko jest jakieś szalone i on już nic nie wie i nie rozumie dlaczego nie mamy jechać do terminala…

Na pokładzie zatankowanego od kilkunastu minut samolotu powitała nas z porozumiewawczym uśmiechem załoga linii Air Mons… Nostrum.