Pojechałem do Lipska. Miasto przywitało mnie wyludnionymi ulicami. Chociaż nie. Znalazło się trzech Niemców, którzy chcieli mi zabrać samochód… A w drodze powrotnej inni Niemcy postanowili sprawdzić na mnie stereotyp Polak-złodziej. Gdzieś pomiędzy tymi zdarzeniami były targi motoryzacyjne AMI. Ale od początku.

Ja (z lewej) i chomik (ten z prawej) / fot. Michał Szymaczek

Ja (z lewej) i… chomik (ten z prawej) / fot. Michał Szymaczek

Wszystko przez organizowane co dwa lata międzynarodowe targi motoryzacyjne AMI. Pojechałem tam w celach służbowych. Środkiem transportu był Volkswagen Caddy. Wersja 7-osobowa. W sam raz do długich podróży autostradą… Niestety, tylko takie auto było w tym czasie dostępne. No więc pojechałem „autobusem” na podbój Lipska. Osiągnięcie autostradowej prędkości, czyli u nas 140 km/h, to nie lada wyczyn. A kiedy już się udało, szum powietrza rozbijającego się o potężne lusterka i ogromną powierzchnię kanciastego nadwozia sprawiał, że nie słyszałem własnych myśli. Nie mówiąc o radiu, którego działanie sygnalizowały jedynie wyświetlane na ekranie informacje…

Z Krakowa podróż przebiegała początkowo bez zakłóceń. Bo nie liczę absurdalnych kolejek do punktów poboru opłat. Człowiek płaci za to, żeby mknąć autostradą i traci bezcenny czas na stanie w korku do bramek…

Pierwszy postój i odpoczynek przed Wrocławiem. Trzeba rozprostować kości, coś zjeść. Wiem, McDonalds to samo zło, ale jednak się skusiłem. Wchodzę do środka, a tam… istna „szarańcza” oblegająca kasy. Szkolna wycieczka, która chwilę wcześniej wysypała się z autokaru (albo dwóch), zamawia właśnie obiad. Pół godziny z głowy, jak się okazało.

Swoją drogą, dzieci mają niesamowitą wyobraźnię. Czego nie można powiedzieć o ich opiekunach. Zjedzenie w krótkim czasie hamburgera, ciastka, shake’a, frytek i lodów oraz popijanie tego wszystkiego coca-colą, a następnie dokładne wymieszanie tego wszystkiego w żołądku podczas jazdy nie wróży nic dobrego na dalszą drogę…  A większość dzieciaków robiła takie właśnie kulinarne kombinacje.

Zjadłszy, pojechałem dalej. Mój „autobus” dzielnie połykał kolejne kilometry asfaltu, zadowalając się przy tym przyzwoitymi ilościami paliwa. Droga mijała spokojnie. Aż do Lipska. Wjechawszy koło północy w przedmieścia tegoż miasta, zauważyłem na opustoszałej drodze majaczącą w oddali postać, która stała na środku ulicy.

- To może być policyjna kontrola. Ale zaraz, zaraz – pomyślałem. Policjant miałby odblaskową kamizelkę, świecącą czerwoną latarkę i w ogóle. A ten nie ma.

Mijam po lewej duży czerwony budynek, podświetlony równie cukierkowym kolorem. Prawdopodobnie był to nocny klub, ale nie przyglądałem się. Nie miałem czasu. Bardziej frapowała mnie owa postać w czerni.

Jestem coraz bliżej i już widzę, że człowiek ten ma duży problem z utrzymaniem pionu. Obok niego, na poboczu, zauważyłem dwie kolejne postaci. Wiem już, że są kompletnie pijani. Zwolniłem znacznie i skręciłem w prawo, chcąc ominąć tego człowieka. Na to on zrobił nagły manewr, a przynajmniej wyglądało, że zrobił to nadzwyczaj sprawnie, i zastąpił mi drogę. No to ja w lewo. On też. Zaczyna coś krzyczeć bełkocząc. Agresywnie wymachuje rękami i próbuje mnie zatrzymać, przeklinając przy tym siarczyście. Słyszę „halt”, „scheisse”, a nawet „Polen”, które ów pan triumfalnie wykrzyknął patrząc na moją rejestrację.

Kiedy byłem już bardzo blisko (jechałem naprawdę wolno, nie chcąc jegomościa uszkodzić, ale nie miałem się też zamiaru zatrzymywać na pogawędkę i poznanie ich prawdziwych zamiarów), i kiedy dwóch kolegów pana Niemca było już całkiem niedaleko mnie, udało się wykonać ostateczny manewr, który pozwolił przemknąć (z prędkością około 3 km/h) obok wściekłego już teraz nie na żarty kolesia. Udało mu się jeszcze co prawda sięgnąć pięścią auta, czym wyraził swoje niezadowolenie z tego, że jednak nie zabierze mi auta, albo że ja nie podrzucę go do domu, ale musiał odpuścić. Polska – Niemcy 1:0!

W lusterku widziałem jeszcze sporo obraźliwych gestów w wykonaniu trzech kompanów. Ale że w oddali pojawiło się kolejne auto, najwyraźniej postanowili spróbować szczęścia raz jeszcze. Łatwiej byłoby im zamówić taksówkę…

Nazajutrz pobudka, szybkie śniadanie, kawa i na targi. Dotarłem na miejsce, pokazuję ochroniarzowi akredytację, ten wskazuje mi miejsce parkingowe. Gładko i bezproblemowo. Fajnie się zaczyna.

- Jakoś tu pusto – pomyślałem. No dobra, jest wcześnie, zaraz będą tłumy.

Idę do biura targów, bo tam odbywa się krótkie „śniadanie prasowe”. Wchodzę do hali – słyszę tylko własne kroki odbijające się echem od szklanych ścian. W pomieszczeniu kilkanaście osób. Międzynarodowe targi, co? Owszem. Tłumy dziennikarzy, jak w Genewie czy Frankfurcie? Nic podobnego.

Jako że byłem po śniadaniu, poszedłem od razu pracować. Hala numer 1. Wchodzę i nie wierzę. Jeszcze nie otwarli? Co tu tak pusto? Patrzę na zegarek – nie no, otwarte. Ale to i dobrze. Większy komfort pracy, kiedy przy każdym aucie nie stoi kilkunastu dziennikarzy i nie trzeba walczyć o najlepsze ujęcie, kiedy co sekundę ktoś nie wchodzi w kadr, kiedy chińscy „szpiedzy” nie przesiadują po 15 minut w aucie, fotografując każdy szczegół i spisując wszystko swoimi szlaczkami w notatnikach.

Taki komfort pracy towarzyszył mi przez całe targi. Koło południa ludzi było ze dwa razy więcej, co nie zmienia faktu, że i tak było pustawo.

No tak, targi AMI to nie Genewa, Paryż czy Frankfurt. Dziennikarzy trzeba czymś przyciągnąć. Najlepiej gorącymi prezentacjami nowych aut. A tu największymi premierami były takie modele, jak obecne już na rynku Volvo V60 Plug-in Hybrid debiutujące w specjalnej wersji R-Design.

fot. Michał Szymaczek

Volvo V60 Plug-in Hybrid R-Design / fot. Michał Szymaczek

Było BMW X4, które debiutowało już w Nowym Jorku i znamy jego polskie ceny.

fot. Michał Szymaczek

BMW X4 / fot. Michał Szymaczek

Był Mercedes Klasy C Kombi – piękne auto, ale to tylko nowa wersja nadwozia modelu, który jeździ już po drogach.

fot. Michał Szymaczek

Mercedes Klasy C Kombi / fot. Michał Szymaczek

Oprócz tego, i może jeszcze BMW M4 Cabrio…

fot. Michał Szymaczek

BMW M4 Cabrio / fot. Michał Szymaczek

…Audi S7 Sportback…

fot. Michał Szymaczek

Audi S7 Sportback / fot. Michał Szymaczek

i Porsche Caymana GTS…

fot. Michał Szymaczek

Porsche Cayman GTS / fot. Michał Szymaczek

…nie było tu modelu, który nie byłby wcześniej w Genewie. Co więcej, kilka potężnych firm odpuściło sobie wizytę na targach. Mazda, Toyota, Fiat-Chrysler, Renault czy Mini byli wielkimi nieobecnymi tegorocznej edycji AMI. Ale i tak było sto razy lepiej niż choćby na targach motoryzacyjnych w Poznaniu.

Poza tym, w przeciwieństwie do wspomnianych „dużych” targów, AMI w Lipsku są mniej dla dziennikarzy, a zdecydowanie bardziej dla „zwykłych” ludzi. Tych, którzy interesują się choć trochę motoryzacją. Mogą za niewielką opłatą obejrzeć, dotknąć, a nawet wsiąść i pojeździć autami, których nie ma jeszcze w salonach, albo nawet jak już będą, to i tak poza zasięgiem portfela. Rokrocznie przyjeżdża tu wielu Polaków. Z każdą edycją więcej. W końcu Lipsk leży jakieś 200 km od granicy. Z Krakowa jedzie się tam 6 godzin. Z Wrocławia o wiele krócej.

Po żmudnej pracy polegającej na ciągłym zamykaniu jednego oka przy patrzeniu w obiektyw aparatu, przykucaniu dla lepszej perspektywy, wciskaniu spustu migawki i chodzeniu, w końcu przyszedł czas na powrót.

Volkswagen Caddy. Autostrada A14 i potem A4 do samego Krakowa. Sześć godzin i w domu. Ale, ale. Nie tak szybko!

Jadę przez Niemcy drogą A4. Do Zgorzelca jeszcze kilka kilometrów. Wszelkie ograniczenia prędkości respektuję z należną pokorą. Mijam po drodze radiowóz niemieckiej policji, stojący w przyczajeniu na wjeździe na autostradę. Jadę dalej. Wyprzedzając kolejną lawetę ze złomem jadącym do Polski, który to złom po zabiegach polskich magików trafi na sprzedaż pod hasłem „igła” czy „Niemiec płakał jak sprzedawał” („chyba ze śmiechu” – chce się dodać), widzę w lusterku ów radiowóz.

Zjeżdżam na prawy pas, chcąc im zrobić miejsce, oni też zjeżdżają. Wyprzedzam kolejną lawetę. Oni też. Zjeżdżam na prawo. Oni też. Po chwili jednak mnie wyprzedzają. Już czuję, że coś się kroi. Wjeżdżają przede mnie, włączają sygnały i napis „Folgen”. Nie znam za dużo niemieckiego. Nie mając pojęcia czy właśnie mnie obrażają, czy mam ich wyprzedzić, czy też podążać za nimi, wybrałem tę ostatnią opcję. I dobrze. Bo folgen to śledzić. Śledziłem ich więc do najbliższego zjazdu z autostrady.

fot. Michał Szymaczek

fot. Michał Szymaczek

Zjechaliśmy na parking. Siedzę grzecznie. Wysiada pani policjantka i rzecze do mnie coś w rodzaju „guten morgen, bundespolicaj, dokumenten bite”. Grzecznie wręczam. Pani wsiada do radiowozu, ja czekam. W głowie tysiąc myśli – czego ode mnie chcą? Prędkość? Raczej nie, a jeżeli nawet, to niewiele.

Podchodzi pan policjant, z dowodem rejestracyjnym w ręku, otwiera moje drzwi. Będą mnie wywlekać, przeszukiwać i na pewno aresztują. No dobra, tak nie pomyślałem, ale faktycznie byłem nieco skołowany.

- Sprawdzają numery nadwozia – zauważyłem. Policjant wsadził jeszcze głowę do środka.

- Zaraz będą przeszukiwać, bo przyglądają się elektronice, którą miałem zamontowaną przy szybie (nawigacja, smartfon) i która leżała pod siedzeniami (aparaty, torba z laptopem) – przebiegło mi przez myśl.

- Dżenkujem. Dowidżenia – powiedział niespodziewanie pan policjant, oddał dokumenty i odjechał w siną dal.

Zrozumiałem, że sprawdzali, czy piękny Volkswagen Caddy, którym podróżowałem, nie należał przypadkiem do jakiegoś Niemca, a ja czy nie jestem „tym” Polakiem, który to czai się na własność niemieckich obywateli i bezwstydnie ją zagarnia. W końcu wiadomo, że hasło „obywatelu Niemiec, jedź do Polski, twoje auto już tam jest” wciąż budzi emocje i niestety wciąż jest mocno aktualne. Tym razem jednak spudłowali. Polska – Niemcy 2:0.

Po drodze zatrzymałem się w McDonalds. Otworzywszy drzwi cofnąłem się, odwróciłem na pięcie i odjechałem. A kolejne autokary już podjeżdżały na parking…

PS. Chomik, któremu na pierwszym zdjęciu pozuję do selfie, to maskotka wykorzystywana na potrzeby kampanii reklamowej Kii Soul.