Szaleńcza jazda białego BMW M3 ulicami Warszawy zelektryzowała w ostatnim czasie polską opinię publiczną. Było wiele głosów oburzenia, sporo też bezrefleksyjnych pochwał dla Roberta N., który siedział wówczas za kierownicą. Okazuje się, że tych „wyczynów” z ubiegłego tygodnia mogłoby nie być, gdyby policja zadziałała z pełną surowością, bo zarówno wspomniane BMW, jak i sam Robert N. byli miesiąc wcześniej „w rękach” policji. Ale bez konsekwencji…

fot. Onet

fot. Onet

Poszukiwania Roberta N. trwały dobrych kilka dni, choć zidentyfikowanie kierowcy zajęło internautom kilka… minut. Po sieci krążyło jego nazwisko, adres, nazwa firmy, a nawet filmy z podobnymi drogowymi przestępstwami przypisywanymi jego osobie. Policja twierdziła jednak, że wszystko sprawdza. 

W tak zwanym międzyczasie pojawiły się kolejne doniesienia, jakoby Robert N. miał już w przeszłości na swoim kocie więcej grzechów – chodziło tym razem o przestępstwa gospodarcze (podejrzenie wyłudzenia odszkodowań za rzekomo kradzione samochody, które jego firma wynajmowała klientom). I to właśnie za to, a nie za stworzenie zagrożenia dla dziesiątek osób w Warszawie, był teraz poszukiwany.

W końcu jest! Udało się go znaleźć, kiedy siedział na plaży w Mielnie. Ponoć tam, w wynajmowanym mieszkaniu, ukrywał się przed policją. Tymczasem w innym jego mieszkaniu policja znalazła m.in. nielegalnie posiadaną broń i amunicję, kamizelkę policyjną, policyjny lizak do zatrzymywania kierowców, kajdanki i wiele innych „ciekawych” atrybutów. A pikanterii dodaje fakt, że wcześniej prokuratury umarzały kolejne postępowania w sprawach, za które teraz ponownie go zatrzymano i będą one wznawiane… Komentarz aż ciśnie się na usta…

Co więcej, teraz też, początkowo prokuratura uznała, że nagrane na filmie wykroczenia „nie wypełniają znamion przestępstwa”. Czyli co, gdyby kogoś zabił, o co naprawdę nie było trudno, to wtedy byłoby okej, bo byłoby za co ścigać. A jazda 200 km/h po mieście, pokonywanie skrzyżowań na czerwonym świetle czy jazda pod prąd i lawirowanie między autami w gęstym ruchu ulicznym to „nic takiego”? Wielu prawników wypowiadało się w ostatnim czasie, że spokojnie można to podciągnąć pod zagrożenie katastrofą w ruchu lądowym, za co zgodnie z kodeksem karnym (artykuł 174) grozi do 8 lat więzienia. Wydaje się proste, ale oczywiście nie jest…

Skąd bierze się taki lekceważący stosunek, zarówno służb do drogowych piratów, jak i piratów do policji? Dobrym przykładem jest zdarzenie, które zarejestrowała kamera OnetMoto, podczas realizacji jednego z odcinków cyklicznego programu Na Drogach, pokazującego kulisy policyjnych interwencji.

Bohaterem odcinka jest nie co innego, jak białe BMW M3. Dokładnie to, które budziło postrach na ulicach Warszawy w ostatnich dniach, co potwierdziła policja. Za kierownicą siedział tym razem nie Robert N., ale jego kolega. Robert N. pojawia się jednak w odcinku, kiedy wraz z innymi kolegami dostarcza dokumenty samochodu.

Co mnie jednak mocno kłuje w oczy, to reakcja policjantów w chwili zatrzymania BMW. Jest taka sytuacja – policjanci kontrolują trzeźwość kierowców w centrum Warszawy. Z rykiem silnika nadjeżdża śnieżnobiałe BMW M3, które na widok lizaka przyspiesza i odjeżdża. Policjanci ruszają w pościg. Trudno im nadążyć za znacznie mocniejszym i szybszym samochodem, jednak raz po raz siedzą BMW na zderzaku. Uciekający mężczyzna, na widok doganiającego go radiowozu, nie zważa na czerwone światło i przejeżdża przez skrzyżowanie. Potem popełnia wiele innych wykroczeń. Widać choćby, jak przy ograniczeniu do 40 km/h pędzi dobrze ponad 140… W końcu daje za wygraną i sam się zatrzymuje.

W tym miejscu oczekiwalibyśmy akcji niemal z amerykańskich filmów. W każdym razie policjanci mają pełne prawo przypuszczać, że za kierownicą siedzi niebezpieczny człowiek. Być może pijany, skoro nie zatrzymał się do kontroli. Może niebezpieczny, skoro uciekał. Wypadałoby chociaż sięgnąć po broń, wyciągnąć tego człowieka z samochodu i rzucić go na maskę. Przeszukać, zakuć w kajdanki, a dopiero potem wyciągać wyjaśnienia. Ale nic z tych rzeczy…

Policjant może był speszony widokiem kamer, ale to nie powinno przecież wyłączyć instynktu samozachowawczego. W końcu nie wie z kim ma do czynienia! Podchodzi jednak do auta i słyszymy „dobry wieczór, przygotuje pan dokumenty do kontroli…” No ludzie… Potem jest jeszcze lepiej. Kierowca, który cały czas rozmawia przez telefon, gra cwaniaka, zamiast wyjaśnień pyta policjanta o adres, potem narzeka na nerwową atmosferę i to, że trzymają go w dusznym radiowozie. Twierdzi, że nie słyszał i nie widział, że go zatrzymują i że przecież się w końcu sam zatrzymał, więc o co w ogóle chodzi?

Już na tym etapie widać, że jest w Polsce problem z odpowiednią hierarchią na linii policja – pirat drogowy. Przecież w takich Niemczech czy gdziekolwiek na Zachodzie, nikt nie śmiałby tak pyskować i dawno siedziałby skuty, w milczeniu, jadąc do aresztu. A tu sytuacja odwrotna – pirat w ofensywie.

Za chwilę okazuje się, że nie ma przy sobie dokumentów, prawa jazdy w ogóle nie ma, pomijając kategorię A. Policjant sugeruje, żeby mu je ktoś przywiózł. Przyjechali koledzy, wśród nich podobno też Robert N., i okazuje się, że auto ma inne tablice rejestracyjne, niż w dowodzie! I co? I nic! Kończy się na wystosowaniu wniosku do sądu o ukaranie… A czy to nie zakończy się umorzeniem albo karą w zawieszeniu, też nie wiadomo. Dobrze, że przy tym pościgu nikt nie zginął.

Gdyby jednak funkcjonariusze zastosowali więcej dostępnych środków, zatrzymali kierowcę – do wyjaśnienia, skonfiskowali samochód – do wyjaśnienia, może miesiąc później nie byłoby bezmyślnej jazdy Roberta N. Gdyby nawet auto nie stało już wtedy na policyjnym parkingu, to może Robertowi N., który widziałby na własne oczy, jak skończyła się brawurowa ucieczka jego kolegi, zaświeciłaby się gdzieś mała lampka, że jeśli go złapią, może być „gorąco”, więc lepiej pościgać się na torze, a nie w centrum Warszawy. Ale jak widać, lepiej karać za przekroczenie prędkości o 15 km/h zwykłego Kowalskiego, który się nie wykłóci i pokornie zapłaci, niż bandytów, którzy przepisy i życie innych ludzi mają w głębokim poważaniu.

Jeśli za niebezpieczną ucieczkę, bez dokumentów, prawa jazdy i z fałszywymi tablicami samochodu, którego właściciela trudno ustalić, nie czeka nas aresztowanie pod lufą pistoletu, tylko przyjemna pogawędka w radiowozie, to przepraszam, ale chyba jednak nie tędy droga…

Poniżej link do wspomnianego odcinka Na Drogach, realizowanego przez serwis Moto.Onet.pl:


http://moto.onet.pl/nadrogach/poscig-policji-za-bialym-bmw-m3/mgj4z